Szare trampki nie pasują do wszystkiego

Zaczęło się jak co dzień

Jechałam sobie pociągiem do pracy. Odkryłam tę metodę komunikacji niedawno, okazało się, że pociąg zawiezie mnie na miejsce w 13 (!) minut (przebić się przez miasto samochodem to zawsze min. 30). Pociągi mają jeszcze parę zalet – jest tam mniej ludzi (albo większa przestrzeń), zawsze klima i klimat melancholijno-podróżniczo-pociągowy. Lepiej tak spędzić 13 minut swojego poranka, jeśli już trzeba być w drodze. Do pracy.

Historia jednego poranka

Akurat tego dnia było jakoś wyjątkowo więcej ludzi, jako, że niektóre miejsca były dumnie zajęte przez torby i walizki przeszłam pociąg wzdłuż i stanęłam na środku, zastanawiając się gdzie też mogę ulokować moją skromną i introwertyczną osobę na najbliższe 11 już minut. Za mną – grupka znajomych z korpo-pracy opowiada sobie coś o korpo-jedzeniu, korpo-podróżach i swoich absolutnie-nie-korpo życiach prywatnych. Przede mną – sztuczny tłok, do rozładowania (jeśli każdy zaopiekuje się swoim bagażem i weźmie go na kolanka) ale na takie ludzkie odruchy nie ma miejsca o godzinie 8:15 w pociągu relacji Oleśnica-Wrocław Główny.  Na pierwszym przystanku (Sołtysowice) od mojego przystanku (Psie Pole) wysiadło jednak parę Pań i zastanawiając się niedługo usiadłam obok pani czytającej książkę i w jej nienachalnym towarzystwie przejechałam większość trasy. Jednak. Zaczęłyśmy pomału zbliżać się do dworca Mikołajów. Wysiadam tam codziennie i mam obcykane, w którym momencie trasy wstać i wyjść żeby było optymalnie. Pani ta, chyba niecodziennie bo dużo za-wcześnie odłożyła nerwowo książkę i zaczęła wykazywać oznaki porozglądam-się-i-powiercę-bo-chyba-chcę-zaraz-wysiąść-ale-w-sumie-nie-wiem. No i tak, mogłabym być ekstra-empatyczna i zainteresować się losem biednej kobiety, zapytać „Czy zamierza Pani może wysiąść? Ja też będę tutaj kończyła moją podróż. Proszę się nie lękać, pomogę bezpiecznie i o czasie wyjść z tego przybytku chwały naszych Polskich Kolei Państwowych” ale to nie ja, a na pewno nie o 8:22 w pociągu. I tak rośnie napięcie, bo poganiana jej nerwowymi ruchami zastanawiam się czy może po prostu nie udać się w stronę wyjścia, no ale, nie. Nie po to tyle trenowałam w praktyce moją asertywność teoretyczną żeby teraz ulegać podświadomemu wpływowi obcej kobiety. Siedzę. Jedno jest pewne, będziemy żyły. Napięcie jednak rośnie i kiedy zza okna wyrasta element krajobrazu, który krzyczy „to tu!” powoli schodzę z miejsca i udaję się w stronę wyjścia. A ona za mną, z wyraźnym odetchnięciem ulgi, prawie biegnie. Może jeszcze zdąży wysiąść na tym przystanku, co to jeszcze się na nim pociąg nie zatrzymał.

Włosy, t-shirt i trampki

W każdym razie odkąd zostawiłam czytelniczkę za sobą nie myślałam już o niej, kierowałam moje myśli bardziej w kierunku przyszłości a oczy – naturalnie – w przód. I moim oczom ukazała się kolejna kobieta, a raczej jej tył. Pani większych gabarytów, ale nie to zwróciło moją uwagę najbardziej. Miała ona włosy -wow- tak długie i tak grube, że gdybym wzięła pół wzdłuż lub pół wszerz, lub pół wzdłuż i wszerz to byłabym zachwycona, szczęśliwa i miałabym najlepsze włosy świata. Tak, w pociągu o 8:27 myślę o cudzych włosach. Pomyślałam też – jakie to niesprawiedliwe, że jedni mają włosy za tyłek o objętości takiej, że moja dłoń nie obejmie a inni muszą nakładać kreatynę na włosy żeby wyglądały jako tako. Czekając na magiczne, pociągowe „sezamie otwórz się” spojrzałam w dół i zobaczyłam moje szare trampki, nad nimi moje niby-dresy-niby-eleganckie-spodnie granatowe z różowo-kremowymi paskami. Zreflektowałam się też co ja w ogóle mam dzisiaj na sobie, granatową marynarkę? Wiśniowy t-shirt? Szybki look na szare trampki… nie pasują. Chciałabym w tym miejscu podzielić się z Wami moim odkryciem a zarazem myślą filozoficzno-metaforyczną – szare trampki nie pasują do wszystkiego.

 

Swoją drogą

czasem ubiorę się tak, że wyglądam od stóp do głów pro+++ i gdziekolwiek nie zobaczę swojego odbicia gratuluję sobie w duchu. Stylu, zamysłu, bycia sobą. Myślę sobie, że nie no, ja to jednak, jednak mam to coś. Czasem zaś… jeden szczegół… szare trampki i okazuje się, że… muszę się jeszcze wiele nauczyć.

 

*nie dysponuję dowodem fotograficznym z tego dnia, może to i lepiej. Dlatego zamiast szarych trampek na zdjęciu moje ulubione różowe pallasy

2 comments

  1. ja jeszcze do niedawna nie lubiłam połączenia trampki+sukienka, teraz prawie całe lato tak przechodziłam 😀 ale nadal nie potrafię przetrawić zestawu spódnica+sportowe buciory. bo butami ich nie nazwę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *