Malowanie 18+ czyli twórcze marnowanie czasu

Zauważyłam pewną zależność – im więcej mam spraw na głowie, tym więcej innych rzeczy realizuję. Będąc w biegu, od rana do wieczora zajęta „czymś” w magiczny i fantastyczny sposób znajduję czas na dodatkowe sprawy. Jak mam za dużo czasu wolnego to… nie robię nic! Nie no, żartuję – zakładam sobie jakieś punkty dnia, których staram się trzymać ale w ogólnym rozrachunku mogłabym ogarnąć więcej. Najlepszym przykładem jest blog, który też „ucierpiał” przez mój nadmiar wolnego czasu. Na szczęście przez najbliższe miesiące będę znowu zajęta rozwijając moją bujną karierę zawodową w nowym projekcie, o którym może opowiem Wam więcej przy okazji. A dzisiaj będzie trochę o marnowaniu czasu, zapraszam!

Jak marnować czas to… twórczo!

Zmotywowana porządnie przez Michała powróciłam ostatnio do mojego hobby sprzed lat. Mianowicie do malowania. Podchodziłam do pędzli i farb jak do jeży, bo jakoś tak utarło mi się w głowie, że to dobre zajęcie jak się jest w liceum i pewnie nie mam już cierpliwości i w ogóle – wymyślałam sobie sama wymówki, żeby przypadkiem się za tę aktywność nie zabrać. Koniec końców wylądowałam z zestawem małego malarza, który kusił mnie skutecznie z komody – więc koniec końców zaczęłam malować. No i przypomniałam sobie jaka to frajda, jakie to relaksujące i odstresowujące. I jak pożera cenny czas. Serio – siadam za sztalugę z zamiarem spędzenia przed nią godzinki a potem budzę się z letargu – minęły 4 godziny a ja zrealizowałam tylko 25% mojego planu na bieżący dzień. Skandal. Także tak, nie pisałam bo malowałam. Dzisiaj piszę, bo skończyły mi się podobrazia 😎.

Oleje, akwarele, pędzelki i płótna

Malowanie nie należy do najtańszych hobby, bo jeżeli ma się zamiar zrobić coś porządnie to wypada mieć w swoim zestawie małego malarza trochę różnych itemów. Na sam początek – zróżnicowane pędzle, palety, szpachle, farby (w moim przypadku olejne i akrylowe), sztaluga (myślałam, że nie jest konieczna ale jednak szalenie nie wygodnie maluje się na barku w kuchni), podobrazia (płótna lniane, bawełniane), media i dodatki (terpentyna, olej lniany, werniks – to przede wszystkim do olejów). Poza narzędziami praktycznymi wypada też zaopatrzyć się w wenę, nastrój lub po prostu pomysł na dzieło. No i można malować!

Ten akapit jest dla dorosłych!

Pierwsze efekty przeszły moje oczekiwania. Myślałam, że sobie pobazgrolę pędzlami na płótnie, schowam do schowka i na tym skończy się tymczasowo moja zabawa farbkami. Okazało się, że całkiem ładne te moje obrazki, nieskromnie pisząc. Tj. ładne jak na osobę, która maluje od 2 tygodni a wcześniej lata temu. Załączam Wam moje ostatnie prace. Uwaga, wszystkich nie-dorosłych czytelników proszę o zasłonięcie oczu!

 

 

A może zainteresują Cię malowane stoliki?

 

Urządzanie swojego mieszkania…

… na szczęście mam już za sobą. Przynajmniej póki co. Jednak niekończące się wizyty w Castoramie będą nawiedzać mnie po nocach jeszcze przez jakiś czas. Dzisiaj chciałam ogólnikowo podejść do problematyki remontów i urządzania własnych czterech ścian. W tym temacie na pewno nie jeden post o bardziej praktycznym charakterze jeszcze się pojawi. Dzisiaj nie będzie praktycznie. Bardziej filozoficznie 😂

Wykończenie mieszkania

Zacznijmy od tego, że od podpisania umowy notarialnej nie mogłam się doczekać momentu, w którym urządzanie stanie się faktem. Jednak w miarę jak czas upływał ja coraz mniej wiedziałam jak się za to zabrać, jak to powinno wyglądać i czego tak właściwie chcę. Doszło do tego, że odechciało mi się podejmować jakiejkolwiek decyzji w tym temacie – miałam nadzieję, że wszystko w magiczny sposób wybierze się samo. Tak się jednak nie stało. Robiliśmy jakieś kosztorysy, wizualizacje, które dawały jakiś ogląd na chociażby kwestie finansowe. Założyliśmy, że zmieścimy się w x kwocie z całym urządzeniem (co nam się udało), ale wciąż jakieś decyzje trzeba było podjąć.

Przykładowe decyzje do podjęcia:

  • kolory kafli do łazienki, rozmiar kafli, faktura kafli
  • aranżacja łazienki (miejsce pobytu prysznica, pralki z zabudową etc)
  • kolor i jakość paneli
  • kolory ścian
  • zabudowa gipsowa (czy i jeśli tak, to gdzie i jaka)
  • poprowadzenie oświetlenia, kontaktów
  • meble i aranżacja kuchni

Jest tego o wiele więcej – ale przypominając sobie chociażby o powyższych marznie mi krew w żyłach 😂 Jak ja to wszystko przeżyłam – nie wiem. Wybór rozwiązania x wcale nie kończy problemu – potem trzeba zdecydować się np. na jakąś konkretną markę biorąc pod uwagę jakość, cenę i dostępność. Dodatkowo – każdy krok w urządzaniu uruchamiał kolejne, małe sprawy, o których ja jako laik nie miałam pojęcia, a które mnożyły się w zastraszającym tempie. W tamtym okresie miałam jakiś wyjątkowy problem z podejmowaniem decyzji – patrząc wstecz szczerze się dziwię, że mieszkanie wygląda jak wygląda – a wygląda pięknie. Pewnie to zasługa twardostąpającego po ziemi Michała i mojego taty, który bardzo pomógł nam przy remoncie. Jednak – urządzanie i wykańczanie mieszkania własnymi siłami (bez wynajętych firm) to nie jest prosta i przyjemna sprawa.

Jak zacząć?

Ale od czego najlepiej zacząć? U mnie sprawdziło się przeglądanie pinteresta i po prostu podążanie za jakimś nieokreślonym stylem, który miałam w głowie. Warto też uzbroić się w cierpliwość bo remont od podstaw to niekończące się mniejsze i większe wydatki na rozmaite pierdoły, o których istnieniu nie masz pojęcia. Warto też wykupić sobie stałe miejsce parkingowe w Castoramie na miesiąc lub dwa 😂 , my w zasadzie mieliśmy tam już swoje osobiste miejsce! Znam też z widzenia wszystkie Panie kasjerki i panów doradców, co u mnie nie jest takie oczywiste bo mam taką przypadłość, że nie rozpoznaję twarzy (chyba, że już kogoś znam i widziałam x razy).

Jak skończyć?

Neverending story. Wprowadziliśmy się pod koniec stycznia (mieszkanie było skończone w 87%) dzisiaj mamy… sierpień. I wciąż nie mamy żyrandoli, cokołów w kuchni… W zasadzie teraz brakuje już tylko paru szczegółów, ale mieszkając przez pierwsze miesiące nie mieliśmy np. wykończonej kuchni, zmywarki (życie bez zmywarki jest bardzo ciężkie). Za balkon też się jeszcze nie zabraliśmy, tj. ja się trochę zabrałam bo przy okazji malowania stolików namalowałam na nim księżyc, gwiazdki i serduszko. Moim ulubionym miejscem w domu jest łazienka. Jest przestronna, wygodna, wygląda jak z katalogu – wyszła idealnie. Wymyślona przez nas, wykonana przez mojego tatę i Michała. Czuję się tam luksusowo 👌.

Poniżej pierwsze zdjęcia w naszej kuchni i zdjęcie w kuchni prawie-skończonej.

 

 

Urządzaliście już swoje cztery ściany od podstaw? A może przygotowujecie się do takiego przedsięwzięcia?

 

Krem z dyni i marchwi – idealny do jedzenia, doskonały na cerę!

Kącik kulinarno-fantasy – wydanie drugie. Dzisiejsza potrawa sugerowana do spożycia jako obiad to rewelacyjne i jedyne w swoim rodzaju połączenie dwóch unikalnych składników:

  • Dyni, która jest wyjątkową kopalnią wszystkich niezbędnych pierwiastków (m.in. potas, wapń, fosfor, magnez, żelazo), solidnym źródłem karotenów α i β,  dawką błonnika oraz zastrzykiem witaminowym. Dzięki tak bogatej zawartości dynia robi dobrze nie tylko jako posiłek sam w sobie – „upiększa” spożywających od środka, wygładza cerę, pomaga pozbyć się nadwagi, rozpromienia uśmiech i daje radość!
  • Marchewki, za którą w domu szalejemy (nawet pies). Marchewka to jeszcze więcej beta karotenu, witaminki i pierwiastki oraz doskonały smak. Podobnie jak dynia, ze względu na bogatą zawartość, sprawia, że jesteśmy piękniejsi i zdrowsi. Nic tylko wcinać.

 

Zupa krem z dyni i marchwi

Przepis prosty, wykonanie w praktyce ma tylko jeden haczyk, którym jest odpowiednie przygotowanie dyni. Na pewno jest na to jakiś prosty i mądry sposób, ale nasz też zadziałał 😀 Potrzebne składniki to: dynia (2,5 kg), marchewki (o,5 kg), przyprawy (sól, szczypta pieprzu, z 20 nasionek kolendry, 2 szczypty cynamonu, łyżeczka cukru, papryka ostra), bulion, gar, szczere chęci i wiara w siebie.

W pierwszym kroku obieramy marchewkę i kroimy w talarki. W drugim – obieramy i kroimy dynię. My rozcięliśmy ją na pół, pozbawiliśmy wnętrzności i pokroiliśmy na mniejsze części, które łatwiej było obrać i pokroić. Następnie przygotowujemy bulion w garze i w bulionie w garze gotujemy kawałki marchewki i dyni na miękko. W między czasie przyprawiamy. Ostatnim krokiem jest dokładne zblendowanie zawartości gara tak, aby wyszła nam kremowa konsystencja.

 

 

Taka zupka

I taka zupka oto nam wychodzi, pyszna, zdrowa i upiększająca. Czas przygotowania – w zależności od stopnia posługiwania się dynią – nam wyszło z 45 minut. Myślę, że spokojnie można uwinąć się w 30 minut. Ilość zupki była satysfakcjonująca – jedliśmy ją prawie 3 dni. Smak? Dużo zależy od przyprawienia, nasza była lekko pikantna i bardzo dyniowa – dla mnie idealna.

 

 

Dzisiaj dynia a jutro czebureki!

Idealny plan na wrzesień

Wrzesień to taki szczególny okres – nie tylko dla uczniów – osobiście bardzo lubię aurę późnego lata. Jest to dla mnie naprawdę inspirujący czas. Nowy miesiąc nowa ja? Niee, tak radykalnych zmian nie planuję, ale fakt – na wrzesień mam plan. Plan, którym chciałabym się podzielić nie tylko po to, żeby mieć motywację do działania 😀 Myślę, że moje wrześniowe założenia mogą stać się nawet inspiracją i może podsunąć ciekawe pomysły na aktywności w najbliższym czasie.

1. Biegać!

Ja i bieganie to związek w typie „love-hate” – są czasy, kiedy ochoczo biegam sobie po mojej wiosce nawet co drugi dzień i myślę sobie, jak to fajnie jest się zmęczyć. Są jednak okresy, kiedy udaję, że mam za dużo do roboty więc ochoczo eliminuję tę aktywność na miesiąc, dwa.  We wrześniu zamierzam utrzymać regularność i biegać przynajmniej 3 razy w tygodniu. Trzymajcie kciuki!

2. Jeść 💜 śniadania

Śniadanie – najważniejszy posiłek dnia. Myślę, że nie jestem jedyną osobą, która go pomija lub zastępuje herbatą (kawą?) z wielu powodów warto wyrobić sobie nawyk jedzenia śniadania. We wrześniu nie tylko zamierzam rano zjadać pełnowartościowy posiłek – zamierzam też zadbać, aby moi domownicy (Michał i Neron) również takowym się raczyli. Ok, Neron zawsze dostaje śniadanie 🙂

3. Wydawać pieniądze… rozsądniej.

Ok, przyznaję się bez bicia – mam tendencję do kupowania (chyba!) trochę zbyt wielu kosmetyków, ciuchów, gadżetów i innych pierdów. Nie ruszone kremy, miliony odżywek do włosów, przedpokój, z którego buty już same wychodzą 😀 W tym miesiącu zamierzam kupować tylko i wyłącznie potrzebne rzeczy! Tylko, takie, których zupełnie już nie mam i tylko takie, które na pewno się przydadzą. Trzymajcie kciuki, bo to może być trudne!

4. Upiec bez pieczenia.

Bo jak inaczej bez piekarnika? 😂 Wrzesień będzie miesiącem, w którym chcę wykorzystać ciekawe przepisy na lodówkowe ciasta. Jogurtowe, Tiramisu, może coś innego (jeśli macie dla mnie jakiś fajny przepis to koniecznie dajcie znać 🙂 ). W idealnym wrześniu zrobiłabym jedno w każdym tygodniu, ale zakładam tylko realne do wykonania plany – przynajmniej jedno w całym miesiącu. Powinno się udać.

5. Spędzić weekend gdzieś

Ostatnio często zdarzają się nam wycieczki, dlatego we wrześniu też planuję wycieczkę. Nie wiem jeszcze gdzie – nie musi być daleko – sam fakt obcowania z naturą jest dla mnie ostatnio bardzo kojący i każdemu kto ma za dużo na głowie polecam raz na jakiś czas spędzić weekend w otoczeniu natury.

6. Wyluzować i odpuścić… jeszcze bardziej.

Nie ma nic lepszego niż magiczny stan nie przejmowania się bzdetami – ten stan właśnie zamierzam u siebie pielęgnować we wrześniu. Mimo, że będzie to dla mnie miesiąc wielu zmian (pozytywnych) ale jednak – zmian. Nie dam się zjeść nowym wyzwaniom i stawię im czoła z idealnym nastawieniem – na luzie i bez spiny.

7. Nauczyć się chodzić na szpilkach

Ostatnio miałam okazję kupić (pierwsze w życiu?) prawdziwe szpile. Takie 11 cm, smukłe – 100% kobiecości w bucie. No i teraz wypadałoby się w nich nie zabić. Ogólnie pierwsze kroki wyszły mi całkiem dobrze, tylko tak z 50% wolniej się poruszam. Mój cel – znaleźć patent na szybkie i pewne chodzenie w szpilkach. Szpilki na 85% nie wejdą do kanonu mojej codziennej garderoby, ale skoro już je mam to wypadałoby umieć wykorzystać.

8. Zrobić przegląd szafy

Bo mam tam miliony ciuchów, których nie noszę albo nie będę nosić. Zamierzam bez skrupułów wywalić wszystko, czego nie potrzebuję. To samo z butami – wspominałam już, że wychodzą z przedpokoju ale wychodzą też prawie z garderoby – bynajmniej nie na moich stopach!

A Wy jakie macie plany na wrzesień?

 

plan na wrzesień

 

Kto uwielbia zmiany?

Must-have dla psa w tym sezonie!

Wraz z pojawieniem się w domu psa sukcesywnie pojawiają się w nim nowe akcesoria i gadżety, dzięki którym nasze wspólne wycieczki i inne wspólne sprawy są prostsze. Jestem fanką ułatwiaczy życia i część akcesoriów, które wspólnie wypróbowaliśmy stała się dla nas wręcz niezbędna 🙂 Dlatego dzisiaj (wraz z Neronem) dzielimy się z Wami naszymi must-have ostatniego sezonu.

1.Gwizdek na ultradźwięki

Kiedy już zdecydujemy się puścić psiaka wolno, on (jako, że ma duszę włóczykija, powsinogi i uwielbia eksplorować) udaje, że nie słyszy swojego imienia. Coś tam się odwróci, ale generalnie tylko z przyzwoitości. Szukamy więc sposobu żeby z mniejszym strachem spuszczać go ze smyczy i z pomocą przyszedł specjalny gwizdek. Czy to są ultradźwięki – pewnie nie 😛 Ale gwizdek wydaje na tyle wysoki pisk, że dla nas jest cichy a pies reaguje w magiczny sposób. Przybiega!

 

 

2. Mata do samochodu

Po pierwszych wycieczkach samochodem (które Neron naprawdę uwielbia) okazało się, że kocyk nie wystarcza w kwestii prewencji tapicerki przed sierścią. Z pomocą przyszła mata zahaczana na zagłówki, która naprawdę elegancko spełnia swoją rolę (no, chyba, że sierściuch zechce położyć swój łeb na podłokietniku… 😂).

3. Mata na kanapę (jest najlepsza!)

Moja perełka (zaraz obok wdzianka na deszczyk, o którym zaraz) elegancka, pikowana mata z zagłówkami. Dla psiaka – żeby mógł bezkarnie leżeć obok nas na kanapie. Jego wewnętrzna radość kiedy pierwszy raz w życiu został zaproszony (!) na kanapę była nie do opisania. Wewnętrzna bo na zewnątrz starał się nawet nie drgnąć, żeby przypadkiem go ten przywilej nie ominął. Rewelacyjny zakup, polecam każdemu kto z jednej strony ma na sercu dobro psa a z drugiej dobro kanapy (czy łóżka, czy innego mebla). Win-win!

 

 

4.Wdzianko na deszczyk

Mój super-najulubieńszy zakup. Przyszło mi to do głowy, bo Neron totalnie nie lubi być mokry a przemoczony wygląda jak siedem nieszczęść. No i tak raz zrobiło mi się żal biedaka i postanowiłam, że dostanie płaszczyk przeciwdeszczowy. Wdzianko zamówiłam na Aliexpress, specjalnie wybrałam kolor moro taki, wiecie, militarny (żeby inne psy się z niego nie śmiały 😂). W zasadzie nie spodziewałam się niczego spektakularnego – myślałam, że ot przyjdzie zwykła pelerynka. Jednak okazało się, że płaszczyk jest naprawdę wyjątkowy – dobrze uszyty, ze wszystkimi drobnostkami, które ułatwiają założenie psu tego wyjątkowego odzienia, nawet z dziurką i zaślepką na smycz w idealnym miejscu! Zakłada się go przez głowę, zapina pod brzuchem i można też dodatkowo zahaczyć o uda. I – wierzcie lub nie – Neron naprawdę go uwielbia! Cieszy się, że może sobie spacerować po deszczu i nie moknąć 🙂 Może teraz do kompletu kaloszki?

 

 

5. Szampon dla psów (kokosowy!)

Odwiedziliśmy bardzo fajny sklep z różnościami dla pupili (były tam nawet specjalne perfumy dla psów!), w sklepie tym wybór szamponów był imponujący. Moją szczególną uwagę przykuły dwa – do ciemnej sierści i kokosowy. Wybór padł na koko i naprawdę strzał w dziesiątkę. Pięknie pachnie, wydajny, nie podrażnia i sierść jest po nim taka odżywiona.

 

Teraz z drugiej strony – co się nie sprawdziło?

Klęskę (póki co!) poniosła moja walka ze stukającymi w panele pazurkami.

1.Gumowe „tipsy”

Tak, założyłam psu tipsy. Nie, nie użyłam do tego żadnego kleju ani nic. Są to takie gumowe nakładki na pazurki, które po prostu się wsuwa i się trzymają (przy odpowiednio dobranym rozmiarze) nasz był ok i Neron w takich nakładkach trochę chodził. Z 2 tygodnie – po tym czasie czubki gumek zaczęły się ścierać i całość wyglądała źle więc zostały zdjęte. Ogólnie sprawdzały się spoko, stukanie o panele trochę ograniczyły, Neron w zasadzie ich nie dostrzegał. Dlaczego mimo to już ich nie nosi? Przede wszystkim ze względów higienicznych – zdejmując gumki od razu wszystkie psie stópki poszły pod prysznic bo trochę nieprzyjemnie pachniały. Dodatkowo pod takimi „tipsami” paznokcie rosną o wiele szybciej, bo zwierzak nie ma szansy ich zetrzeć w naturalny sposób podczas spacerów. Nie polecam 🙁

 

 

Tak właśnie wyglądają pazurki, jeśli jesteście ciekawi jak wyglądają na łapkach – na moim IG jest zdjęcie z czasów, kiedy Neron je nosił. O, tutaj.

2.Skarpetki

Skoro nie same pazurki to może… całe łapki? Wymyśliłam, że spróbujemy przyzwyczaić go w domu do noszenia specjalnych psich skarpet. Niestety, skarpetki przyszły za małe i w zasadzie na tym eksperyment się skończył. Tak, chciałam, żeby pies chodził w typowo ludzkiej części garderoby. Musicie wiedzieć, że Neron lubi mieć coś na sobie – na co dzień nosi bandamki i kiedy „rozbieramy” go do kąpieli to po fakcie od razu szuka swojej chustki – kiedy zobaczy ją w moich rękach grzecznie siada (a to nie jest u niego takie oczywiste 😛 ) i czeka aż zostanie ubrany. Tak samo jest z kubraczkiem na deszcz, którego założenie jest o wiele większym wyzwaniem. Miałam drobne podstawy żeby sądzić, że polubi też skarpetki!

 

A tak wygląda fotografowanie się z psem – głupawka i rozmazy 😀

 

 

must-have dla psa

must-have dla psa

 

A Wy macie jakieś ciekawe gadżety dla swoich pupili do polecenia? 🙂

 

Neron na wakacjach!

Zmiana pracy w teorii i praktyce

Dzisiaj poniedziałek więc będzie niezwykle poważnie. Niezwykle osobista ciekawostka na mój temat – uwielbiam zmiany. W każdym (no, prawie) aspekcie życia lubię różnorodność i nowe doświadczena. Jako nastolatka ograniczałam się do zmian wizerunku, ale w doroślejszym życiu można pozmieniać wiele jeszcze bardziej ciekawych kwestii, a taka okoliczność zawsze jest kusząca. Dla mnie. Zmiany w moim odczuciu zawsze wychodzą na dobre, lepsze. Jedna podjęta decyzja jest strzałem w dziesiątkę, inna sprawdza się mniej ale to dzięki zwrotom akcji w codzienności dzisiaj wiem coraz więcej, rozumiem coraz więcej, mam coraz więcej.

Jedną z poważniejszych i najprostszych (serio) zmian w życiu jest zmiana… pracy. Zawsze mogłam w komfortowy sposób przenieść się z jednego zawodowego środowiska do drugiego. Nigdy nie dostałam wypowiedzenia – zmiana zajęcia czy branży zawsze zaczynała i kończyła się u mnie. Dlaczego tak? Po pierwsze – większość zajęć jest monotonna a ja w rutynie wytrzymuję najwyżej parę miesięcy, po drugie – jestem takim francuskim pieskiem w życiu i muszę mieć po prostu… wygodnie. Jeżeli jakieś zajęcie ograniczało mi bardzo horyzonty, rozwój, własne plany etc. to wkrótce podejmowałam decyzję o zmianie. Trzecia kwestia – najważniejsza – poszukiwanie „swojej” branży i miejsca na rynku, czwarta (równie ważna) – hajsy. Trzeba z roku na rok zarabiać więcej i tyle. Jeżeli firma wraz z rozwojem pracownika nie może zagwarantować rozwoju wynagrodzenia to nie jest godna uwagi na dłuższą metę. Takie jest moje, surowe podejście do pracy jako konieczności w obecnym systemie. Oczywiście rozumiem, że są ludzie pracujący w danym zawodzie z pasji, powołania, którzy inaczej wartościują swoje codzienne zajęcia. Cóż, dla mnie praca to narzędzie do realizacji wyższych celów.

Zmiana pracy w teorii

Moja rada – jeśli coś Ci się w Twoim obecnym zajęciu nie podoba to już dzisiaj zacznij rozglądać się za czymś nowym. Najtrudniej zrobić pierwszy krok, później to już tylko odbieranie telefonów 🙂 Żeby doprecyzować, jeśli:

  • zżera Cię rutyna
  • nie rozwijasz się
  • Twój szef/współpracownicy tylko działają Ci na nerwy
  • zarabiasz mniej niż powinnaś/powinieneś
  • jesteś w ciągłym stresie
  • czujesz, że Twoje umiejętności nie są doceniane
  • straciłaś/łeś motywację
  • czujesz się niesprawidliwie traktowany/a
  • praca nie dostarcza Ci wyzwań
  • nie utożsamiasz się nawet w małym stopniu z wartościami firmy

to oznacza, że najwyższa pora zrobić dla siebie coś dobrego i znaleźć sobie inne miejsce. Czasem nie wiemy czego chcemy dopóki tego nie dostaniemy. Jeśli oprócz powyższych powodów zauważasz, że dodatkowo w prywatnym życiu jesteś bardziej nerwowy, mniej zmotywowany, mniej cierpliwy, bardziej chorowity – zmiana pracy może okazać się remedium na wszystkie Twoje dolegliwości.

Zmiana pracy w praktyce

Oczywiście taka gruntowna zmiana środowiska to też dużo wyzwań. Trzeba nauczyć się funkcjonować w nowej firmie, z nowymi ludźmi, przyzyczaić się do nowych reguł, miejsc, widoków… dla niektórych sam ten proces może być wymagający. Jest to jednak nic innego jak część rozwoju i drogi do, Twojego własnego, sukcesu. Ba, może nawet i szczęścia.

Moje osobiste zdanie  w kwestii zmian jest takie, że im ich więcej w życiu tym lepiej. Zmian pracy, otoczenia, miejsca zamieszkania, przyzwyczajeń, trybu życia. Nawet takich pierdół jak kosmetyki 🙂 Nowości, rozwój, wyzwania, próbowanie nowych rzeczy zawsze są lepsze niż rutyna i stagnacja.

 

zmiana pracy w teorii i praktyce
żarówa jako symbol dobrego pomysłu – foto wykonane przeze mnie 😌

 

 

A może zainteresują Cię moje wakacje z psem?

DIY – aktualizacja stolików do kawy

Od pierwszego momentu, kiedy zobaczyłam te stoliki wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. Dzień, w którym będą potrzebowały lekkiego update’u w image’u. Farba sypała się z nich w zasadzie od zawsze (czyli od jakiś 3 miesięcy) ale kiedy zaczęła zostawać na ciele i wędrować po mieszkaniu podjęłam decyzję o uruchomieniu całego pokładu moich zdolności manualnych. No i było malowane. Zapraszam na mini foto relację z mojego ambitnego projektu – „DIY – stoliki do kawy”.

Stan minus jeden

Czyli stoliki w wersji pościeranej – jeden z nich można zobaczyć na głównym zdjęciu we wpisie o zadaniowym chaosie. Ogólnie rzecz biorąc takie wycierki mają nawet swój urok i jako, że jestem osobą, która doskonale radzi sobie z wszelkimi odstępstwami od perfekcji to mogłabym po prostu je zaakceptować, no ale ta schodząca farba, sami rozumiecie.

 

Czego użyłam i co zrobiłam

Użyłam całego mojego serca, czasu, który wygospodarowałam w długi weekend, wizualizacji wewnętrznych pt. „Tak, to jest dobry pomysł, na pewno będą wyglądać lepiej, na pewno NIE będą wyglądać gorzej”. Użyłam też: farby xyz, pędzelka dziesiątki drobniusieńkiego, wałka na oko 5 cm mięciusieńkiego. Gąbeczki do umycia poprzedniej, odpadającej farby.

Udpade stolików w trzech krokach:

  1. Rozkręcamy stoliki
  2. Czyścimy stoliki
  3. Malujemy stoliki

Było to na tyle nieskomplikowane zadanie, że dałam radę prawie sama (otworzenie farby jednak przerosło mnie i mój manicure).

 

 Jak wyszło?

Efekt przerósł moje oczekiwania. Jednak farba do mebli spełnia swoje zadanie i nadaje się do mebli. Te stoliki mają takie wtłoczenia deseniowe i początkowo chciałam podkreślić farbą te wzorki, ale bardzo szybko zrezygnowałam z tej opcji i po prostu machnęłam całe na biało. Wzorki i tak są widoczne a ja zaoszczędziłam milion czasu i miliony nerwów 😀

 

 

Zmiana nie jest spektakularna ale dla mnie znacząca. Neron pięknie kontrastuje z bielą stolików 😂 . Bardzo chciał pomagać w procesie aktualizacji tych mebelków, ale ja z kolei chciałam za wszelką cenę uniknąć jego sierści pod farbą więc mógł tylko popatrzeć, zza szyby.

Zdarzają Wam się czasem takie drobne renowacje w domu?

 

 

Czebureki też są DIY!

Cały czas coś robię czyli zadaniowy chaos

Znacie to? Ja aż za dobrze. Po tym jak wróciłam z urlopu, (który był słodką, różową chmurką radości, błogości i nie patrzenia na zegarek) tygodniowa rutyna, bieg i nieskończone listy „to-do” chyba znowu zaczynają wkradać się w moje życie. Praca, dodatkowe zlecenia, zakupy, utrzymywanie w domu względnego stanu ogarnięcia, spotkanie A, spotkanie B, dodatkowe zobowiązania, że coś tam, życie rodzinne, życie towarzyskie… zadaniowy chaos. A jeszcze może jakiś dodatkowy czas na rozwijanie swoich pasji, naukę czegoś zupełnie nowego. Jestem jedną z tych osób, która chciałaby rozszerzyć dobę o dodatkowe (przynajmniej!) 12 godzin (które pewnie i tak wykorzystałabym na sen 😀 ).

Poradniki, listy, prośby, groźby

Kiedy zadania w mojej głowie zaczynają się już ustawiać w kolejkę, której końca nie widać po prostu staram się je spisać. Ba, nawet przyporządkowuję im numerki i czasem nawet skrupulatnie wg. tych numerków działam. Ok, muszę przyznać – ta metoda działa u mnie tylko pod presją i tylko w pracy. I muszę przyznać – czasem nie działa w ogóle, bo jednym okiem ogarniam karteczkę z zapiskami i potem zaraz udaję, że jej nie ma 😂 . W internecie można znaleźć dużo poradników dotyczących zarządzania swoim czasem, zadaniami, planami ale według mnie ciężko w tym temacie o złoty środek. Po prostu czasem jest za mało czasu i tyle! I co potem? Jedna zaniedbana sprawa, druga, przeoczony termin a jeszcze przecież urodziny babci, a jeszcze przecież ciągle wisi nade mną widmo zakupu żyrandoli (chociaż powoli przyzwyczajam się już do żarówek wystających z sufitów), a jeszcze sobie wymyśliłam coś tam i ktoś dzwonił z czymśtam. To wszystko razem powoduje dodatkowy, niepotrzebny stres.

pseudo-filozoficzny off-top: Czy to przypadkiem nie jest esencja bycia dorosłym? Xd Te miliony spraw, które jak tylko pozałatwiam są zastępowane przez nowe? Czy to się kiedyś kończy?!

Stres jest niepotrzebny, dlatego…

Przede wszystkim: ja!

… trzeba sobie uzmysłowić, że NIC się nie stanie, jeśli jakaś super-ważna sprawa nie zostanie dopilnowana. Nie pomnoży to głodu na świecie, nie spowoduje katastrofy ekologicznej, nie sprawi, że małe, słodkie szczeniaczki na całym świecie będą smutne. Wiadomo, że temat rzeka i nie należy generalizować ale na pewno (bezwzględnie!) należy zawsze stawiać siebie na pierwszym miejscu. Własny komfort psychiczny, własne potrzeby, własne „chce-mi-się/nie-chce-mi-się” i po prostu czasem… odpuścić. Odpuścić spinę nad nieidealnie urządzonym przyjęciem, odpuścić szukanie na siłę nowej kiecki na ultra-ważną uroczystość, odpuścić pakowanie się w dodatkowe tematy (ta, ehe), odpuścić dopinanie wszystkiego według jakichś standardów narzuconych przez kogoś, odpuścić (nawet!) deadline. Wyluzować.

Dlaczego? Dla kogo? Dla siebie, dla bliskich, dla zdrowia, dla spokoju (spokój to cenna rzecz), dla… realizacji czegoś bardziej twórczego, czegoś nowego, czegoś innego!

Jak znaleźć siebie w codziennym zadaniowym chaosie?

Co się najgorszego może stać? Jeżeli dręczy mnie jakaś sprawa nad którą nie mam kontroli albo nie chce mi się mieć kontroli to wizualizuję sobie najgorszy możliwy scenariusz i jeśli jest do przeżycia… idę dalej a sprawa zostaje sama sobie. Piątkowa złota myśl: Sprawy rozwiązują się same, jeśli dostaną taką sposobność. Serio! Praktycznie zawsze kiedy coś odpuszczam okazuje się, że i tak układa się tak, jak bym sobie tego życzyła. Magiczne!

 

 

 

 

 

Kto ma ochotę na czebureki z internetu?

Czebureki z internetu

Nie jestem fanką gotowania. Odkąd mieszkamy u siebie, trochę, troszeczkę się przekonuję, że fajnie czasem coś sobie zrobić dobrego. Jednak nie oszukujmy się – jeśli już coś gotujemy to raczej inicjatywa (i w dużej mierze wykonanie) Michała. Mimo to zapraszam dzisiaj na kącik kulinarno-fantasy. W roli głównej występują czebureki z internetu w wykonaniu Michała (2/3) i moim (1/3).

Do przygotowania wyżej wymienionych egzotycznych kluch zainspirował nas doskonały kanał kulinarny na YT, który odkryłam jedząc muesli z jogurtem na obiad. YT do tej pory ukrywał przede mną fakt, że Mietczyński ma swój kącik kulinarny o zachęcającej (przynajmniej mnie) nazwie „Ni mom pojęcia co robię”. A jest to doskonałe źródło fantastycznych przepisów, polecam gorąco! Film o Czeburekach znajdziecie tutaj:

 

W naszym wykonaniu…

Co potrzebujemy?

ciasto:

  • 3 szklanki mąki (+ trochę do podsypania)
  • szklanka wody
  • 1 żółtko
  • łyżka oleju
  • łyżka spirytusu/octu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki cukru

farsz:

  • 500 g mięska mielonego
  • 3/4 szklanki kefiru
  • 2 cebule białe
  • sól, pieprz
  • bazylia, oregano, papryka

 

Co robimy?

Robimy ciasto i robimy farsz. Ciasto: gotujemy wodę z solą i cukrem, wsypujemy szklankę mąki i mieszamy. Odstawiamy na chwilę, po przestygnięciu sypiemy pozostałą mąkę na blat i mieszkamy razem z masą z garnka, żółtkiem i łyżką spirytusu/octu. Takie ciasto pakujemy w folię i odstawiamy do lodówki na 20 minut.

Aby wykonać farsz siekamy cebulę i szklimy ja na patelni z cukrem. Do miski wsypujemy mięso mielone oraz cebulę, zalewając to kefirem – wszystko razem ugniatamy, doprawiamy do smaku.

Kiedy ciasto będzie już gotowe trzeba je rozwałkować na cienko, nakładać farsz, formować pierogi. Takie proste! Następnie smażyć na głębokim oleju, odsączyć.

 

 

Efekty!

Jakie czebureki są każdy widzi. Jak smakują? No tego nie da się opisać, koniecznie wypróbujcie przepis i przekonajcie się sami. Satysfakcja 100%. Skład jest być może niepozorny, ale efekt – znakomity. Proponuję podać nasze kluchy z białym winem (wszystko z białym winem smakuje wyśmienicie), żurawiną i sosem czosnkowym.

 

 

 

 

 

 

A może zainteresują Cię moje wakacje z psem?

Wakacje z psem

Co zrobić w wakacje z psem? Takiego pytania w zasadzie nie musieliśmy sobie zadawać w tym roku, bo jasne dla nas było, że tegoroczny urlop musi być przystosowany do naszego czworonożnego przyjaciela. Poczwara jest z nami w zasadzie dopiero od paru miesięcy i jakoś nie mieliśmy serca zostawić go u kogoś nawet na 7 dni. Powodów, dla których zostawienie go „samego” nie wchodziło w tym roku w grę jest wiele, ale o nich opowiem przy innej okazji.

W zasadzie oboje bardzo cieszyliśmy się, że wyruszamy na wakacje z Neronem, w końcu towarzyszy nam w naszych codziennych wyprawach (staramy się zabierać go wszędzie gdzie możemy), więc wiedzieliśmy czego można się po nim spodziewać.

Pies i samochód

Pieski, które były w mojej rodzinie jak byłam dzieckiem były raczej domatorami 🙂 z tego co pamiętam źle znosiły nawet krótkie przejazdy. Neron natomiast… uwielbia samochód! Wskakuje na swoje miejsce z tyłu bez zaproszenia i ochoczo, dłuższe wyprawy po prostu przesypia a przy krótszych bacznie obserwuje otoczenie i stara się znaleźć sposobność aby wystawić łeb za okno.

Parę rzeczy jest niezbędne w podróży z psem. Przede wszystkim – woda (i miseczka :)), postoje żeby zwierzak mógł wyprostować nogi i podnieść jedną, mata ochronna (protekcja samochodu przed sierścią sierściucha). W podróż nad morze (która miała trwać od 5 do 7 godzin) wpakowaliśmy mu jeszcze na tylne siedzenie jego posłanie żeby miał mięciusio i milusio. No i miał – większość drogi przespał, choć chyba był zdziwiony, że tyle czasu musi spędzić w samochodzie.

Wyprowadzając psa na postojach warto też być zaopatrzonym w stosowne woreczki na różne stosowności 🙂 My korzystaliśmy tylko z autostrady więc jedyne przerwy były na przydrożnych MOPach – tam woreczki to absolutny must-have.

Pieski na plaży i w restauracji

Biorąc Nerona na wakacje w zasadzie nie pomyślałam, że gdzieś mógłby być niemile widziany 😀 Przyszło mi to dopiero do głowy gdy pierwszego dnia urlopu chcieliśmy coś zjeść a akurat byliśmy w mieście z psem… ku mojemu zdziwieniu okazało się, że psy w „strefach jedzenia” to norma. Oczywiście nie mogliśmy wejść z nim do środka (choć myślę, że gdybyśmy grzecznie zapytali czy jest taka opcja to pewnie znalazły by się i takie miejsca) ale możliwość posiedzenia z nim pod daszkiem w strefach restauracyjnych nam wystarczyła. W niektórych punktach były nawet specjalne poidła dla czworonogów. A piesków wśród urlopujących trochę było i to nie tylko takich najmniejszych.

Na plażach strzeżonych raczej są poustawianie zakazy dotyczące zwierzaków (które znaczna część plażowiczów ignoruje lub wypiera ze świadomości) ale to akurat nie był problem, bo naszym celem były i tak dzikie plaże z umiarkowaną ilością towarzystwa. Oczywiście w każdym miejscu wielkim faux pas byłoby pozostawienie, nazwijmy to, złego wrażenia po pupilu – po raz kolejny – woreczki to na wakacjach ze zwierzakiem hit sezonu. W temacie woreczków akurat mamy wielkie szczęście, bo trafił nam się czyścioch z wielkim szacunkiem do swojej przestrzeni. Generalnie Neron nie załatwia się w losowych miejscach, tylko w zacisznych kątach, głębokich kszorach, wysokich trawach…  nie przyszłoby mu do głowy zanieczyszczać plaży 🙂

Pozostając jeszcze chwilę w temacie – tam gdzie my byliśmy, po wschodniej stronie wybrzeża – nie ma problemu z pojemnikiem na psie odpadki, co więcej – w wioskowych malutkich sklepikach można dostać za free full profeszynal biodegradowalne woreczki z łopatką. Pro!

Neron na urlopie…

… był prze-szczęśliwy! No, wielkie morskie fale trochę go jednak onieśmielały 😉 ale piasek wynagradzał cały trud wyprawy. Czasem chodził z nami na długie wycieczki i eksploracje – czasem zostawał spokojnie w pokoju hotelowym kiedy chcieliśmy wybrać się gdzieś sami, wtedy odsypiał swoje emocje we własnym posłaniu, które wieźliśmy nad morze z Wrocławia. Myślę, że jemu też przydał się wakacyjny wyjazd i trochę jodu.

 

 

A Wy co robicie ze swoimi pupilami podczas urlopu? Podróżują z Wami, zostają u znajomych a może w specjalnym hotelu dla zwierząt? Jestem bardzo ciekawa!

 

 

Dlaczego Z księżyca?